Searching...
wtorek, 22 listopada 2011

Kto da więcej?

Stanęliśmy na przejściu dla pieszych.
Obok nas stanęła ona. Nie znaliśmy się, ale spotkaliśmy się kiedyś i mój mąż zamienił z nią parę słów. Stąd wiedział, że jest Niemką.
Wywiązała się jakaś mini rozmówka, takie tam angielskie ę-ą (bo okazało się, że ona tu już parę ładnych lat mieszka - na tyle długo, żeby wraz z mężem Anglikiem wychować czwórkę rosłych dzieci). Czy do M&S będzie bliźej tędy czy tamtędy, czy długo już mieszkamy w tym miasteczku, ile mamy dzieci itp.
I oczywiście zahaczyło o pogodę - mus każdej konwersacji.
A faktem jest, że pogoda w południowo-wschodniej Anglii jest po prostu obłędna (tu powinnam odpukać w niemalowane, gdybym w to wierzyła :)). Na zimę się na razie nie zanosi.
Jest cieplutko i milutko, po deszczu ani śladu (nie wiem, skąd te mity, że w Londynie codziennie pada), wiaterek ani dmuchnie. Rano nawet szyby w samochodzie nie są oszronione - choć ogrzewanie przydaje się na chwilę cyknąć.
W ciągu dnia jednak bajka. Słoneczko przygrzewa wiosennie niemalże i tylko odcienie drzew mówią, że to jednak jesień.
No i nie pachnie wiosenną świeżością, ale palonymi liśćmi.
Pogoda jednak zwariowała, to fakt niezaprzeczalny.

To że rośliny jesienne wciąż jeszcze w pełnym rozkwicie mnie nie dziwi, ale dziś w Londynie przyłapałam na wariacji dzikie (nomen omen) róże, które rozpoczęły drugi okres wegetacyjny i radośnie sobie zakwitły.
Obok owoców na krzakach pąki co się zowie!
A i nasturcje w moim ogrodzie rzekomo powinny przestać kwitnąć we wrześniu :)
Ponownie zakwitły nawet moje ulubione niebieskokwietne (!) krzaki, te w prawym dolnym rogu.
Jak są całe obsypane kwieciem wyglądają naprawdę obłędnie.
W ogóle, można by rzec: Wszystko kwitnie wkoło.
(zdjęcia zrobione 22 listopada)


A więc wracając do pogody i jej anomalii (pamiętam, pamiętam w szkole językowej to był wdzięczny temat konwersacyjny: freak weather conditions i proszę, przydał się jak ulał :)) oraz do pani Niemki ...
Obieśmy doszły do konsensusu, że pogoda jest fantastyczna i jak na tę porę roku jest niesamowicie ciepło (Uwierzcie mi, zmarźluchowi co się zowie - szłam tylko w bawełnianym golfiku, lnianym żakieciku i pantofeleczkach. No i parę innych konwencjonalnych części garderoby, ale nic 'opatulającego' :)).
Ja się rozpływałam nad pięknem angielskiej pogody (niech ktoś złe słowo powie - będzie miał do czynienia ze mną!) i w ogóle nad moim umiłowaniem ciepła, nad tym, że przynajmniej do świąt będzie można pożyć, bo potem to pewnie trochę zmrozi, a już przewegetowanie lutowych i marcowych wiatrów będzie graniczyć z cudem, Wspomniałam, że za czym jak za czym, ale za polskimi zimami to ja nie tęsknię.
Na to pani Niemka (co podkreślam skrzętnie, bo będzie to dowodem w sprawie) chrząknęła niepewnie i spytała:
- To znaczy, że co? (What do you mean?)
- Ehkm ... (spojrzałam na nią równie niepewnie, bo wydawało mi się, że angielski konwersacyjny mam w małym palcu i rozmowy o pogodzie mi nie straszne, więc nie byłam pewna, czegóż to znowu pani nie zrozumiała)
- No bo nie wiem ... Wy tam śnieg macie?
(teraz pomyślałam, że jednak z moim angielskim jest coś mocno nie tak i przezornie dostałam nieoczekiwanego ataku kaszlu).
- No, eee, tego, śnieg? A pani jest Niemką, tak?
- Tak, z Bawarii, ale nie wiem, jaki wy tam klimat macie!
No bo klimat, droga pani, to się przecież zmienia wraz z granicami politycznymi.
A za żelazną kurtyną, to pewnie w ogóle jakaś pustynia Gobi była.
I to wszystko pewnie przez rosyjską propagandę.
I pomyśleć, że ja się swojego czasu oburzałam (w duchu :)) na Angielkę, gdy ta zapytała się mnie, czy w Polsce mamy lato (bo wiadomo - jak już gdzieś wspomniałam - logika jest bardzo prosta: Polacy to Poles, prawie tak jak North Pole czyli Biegun Północny, a tam - każdy głupi to wie - lata nie uświadczysz).
Ale kobiecie z małego miasteczka gdzieś na oddzielonych od całego świata Wyspach Szczęśliwych, kobiecie zza Angielskiego Kanału, z kraju gdzie się na śniadanie nie jada się normalnej swojskiej kiełbachy, smalcu i ogórów kiszonych z pajdziochą chleba żytniego, a rozciapciane przypieczone pomidory, gąbkowy chlebek pokrojony w trójkąty, kaszankę, jajo sadzone, boczek, grzybki bez smaku, kiełbaski z dużą zawartością jabłek, sera i kolendry oraz fasolkę (i potem się dziwić, że angielski humor pierdzeniem stoi), kobiecie chodzącej zimą w japonkach i wyskakującej po dziecko do szkoły w płaszczyku narzuconym na piżamę - wolno.
Tak, jej wolno!
Ale sąsiadka zza miedzy?
Plama na całego, której ona zdaje się, nawet nie była świadoma.
I w tej nieświadomości, życząc jej miłej niedzieli, ją zostawiłam.
Jakie są granice ignorancji?
Da ktoś więcej?

0 comments:

Prześlij komentarz

Niepisanym prawem tego bloga jest lista komentarzy dłuższa od samego wpisu - uprasza się o podtrzymywanie tradycji:)

 
Back to top!